Ta wiosna miała być początkiem dobrych rzeczy w życiu. Wstępem do szczęścia i radości wspólnego życia we dwoje. Ja, On, nasz futrzany gang i fajne życie. Spokojne, radosne i piękne w zwyczajności.
Jednak los, opatrzność, fatum, jak zwał tak zwał, niejednokrotnie kreśli nam scieżki, na które nikt o zdrowych zmysłach by nie wstąpił. Tak było i tego dnia. Dnia pierwszego gehenny.
W kilka sekund banalne spotkanie w gronie rodzinnym zamienia się w nierealnny sen. Koszmar, w którym On przestaje widzieć, rozpoczynają się drgawki, w końcu przestaje mówić. Urywa się oddech...
Ambulans. Lekarze. Helikopter. Pogoń do szpitala w obcym, wielkim mieście. Tysiące myśli. Panika, lęk, potworny ból. Żal za niewypowiedziane nigdy słowa, niespełnione obietnice. I w końcu godziny oczekiwania zakończone brutalnym słowem "udar". U 30-latka.
Nie pamiętam drogi do domu. Pamiętam za to drogę nazajutrz do szpitala hen daleko od domu. I ten lęk, co mnie czeka na miejscu. Co zastanę i czego sie dowiem. Rozrywanie resztek tego, co zostało z jestestwa szczęśliwej i bezpiecznej kiedyś Doll.
Zepsuta Doll, która myślała, że w końcu wszystko zagra, zepsuła się naprawdę. Teraz szwankuje mi serce, umysł i dusza.
Boże bądź milościw!
Broken Doll
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz